Zdalne lenistwo

Przez kilka lat nie prowadziłem zajęć kursowych, czyli poświęconych konkretnej epoce historycznej. Tak się złożyło, że moje pensum dydaktyczne „wyrabiałem” innymi typami zajęć. W tym semestrze jest inaczej. Zgłosiłem się do realizacji tych zajęć. Postanowiłem odświeżyć znajomość literatury, podyskutować ze studentami o kluczowych zagadnieniach historii najnowszej, sprawdzając przy tej okazji, jak to pokolenie na nie patrzy. Pandemia spowodowała konieczność przygotowania zajęć w formie zdalnej, ale opracowany przeze mnie schemat spotkań sprawdza się. Pojawił się jednak problem, z którym nie potrafię sobie jeszcze poradzić. To pozyskanie i wykorzystanie literatury do zajęć.

Kartka z przeszłości

Studiowałem w drugiej połowie lat 80. XX w. Nie przypominam sobie, by któryś z profesorów zaopatrywał nas w literaturę do poszczególnych zajęć. Otrzymywaliśmy wykazy materiałów do przygotowania, nikt nie interesował się dostępem do nich.

A sytuacja z książkami nie była łatwa. Było wprawdzie kilka bibliotek, gdzie publikacje te mogły być, czasami trzeba było się jednak ustawiać w kolejce po książkę. W dodatku ksero jeszcze nie istniało…

Na niektórych zajęciach korzystaliśmy z literatury emigracyjnej czy „drugiego obiegu” (oficjalnie publikacje zakazane). W tym przypadku trzeba było wykazać się jeszcze większą determinacją.

Jednak nikomu nie przychodziło do głowy, by prosić wykładowcę o przekazanie zadanych fragmentów, lub – co niestety zdarza się dzisiaj – stawiać to jako warunek przygotowania się do zajęć.

Przedłużenie szkoły

Czasami mam wrażenie, że sami jesteśmy sobie winni. Techniczne możliwości są przeecież nieporównywalne z czasem moich studiów. W latach 90. XX w. pojawiły się powszechnie kserokopie, dzisiaj można ponadto korzystać z repozytoriów cyfrowych, e-wypożyczalni. Spada cena ebooków (a czasem przecież warto mieć jeną czy drugą książkę na własność).

Jednak w wielu przypadkach podstawą pozostaje papierowa książka. Problemy zaostrzyła jeszcze epidemia. Zamknięcie bibliotek spowodowało, że faktycznie dostęp do literatury jest ograniczony (wykonywanie skanów przez bibliotekarzy to tylko połowiczna pomoc).

Ale czy stał się tym samym niemożliwy? Czy studenci rzeczywiście sami nie mogą w żaden sposób zapewnić sobie dostępu do zadanej literatury lub książek, często całkiem licznych, odnoszących się do poruszanych zagadnień? Czy na zajęciach przekonaliśmy studentów do studiowania, czyli otwartego, samodzielnego poszukiwania wiedzy i formułowania własnych opinii o przedmiocie badań i dyskusji?

Mimo przejścia na tryb online, debaty są nadal możliwe, nadal pozostają fundamentem akademickiego dialogu nawet w zakresie konkretnej jednostki zajęć.

A czy przygotowanie się do nich powinno być tylko ograniczone do zadanej literatury? Gdzie się podziała ciekawość odkrywania? Podążanie własną ścieżką lektur? Wydaje się, że studia przestają się już różnić od szkoły.

Tytułowe lenistwo

Możemy oczywiście narzekać na brak ożywionych dyskusji na zajęciach. Czy zrobiliśmy wszystko, by inspirować i ułatwiać ich prowadzenie? Na swoich zajęciach zastosowałem pracę w grupach. Bardzo dobrze się to sprawdza. Na początku zajęć podałem podstawową literaturę. Ile jednak osób sięgnęło po nią?

A może najwyższy czas skończyć z udostępnianiem kopii w pdf skoro część studentów już zapoznanie się z nimi ma za nadmierny wysiłek? Jak chcemy wzmocnić samodzielność studenta, jego odpowiedzialność za tok studiów i efekty?

Powinien nauczyć się rozróżniać rzeczy wartościowe od powierzchownych i wtórnych, a może nawet wypełnionych błędami.

Przed oczyma mam stale obraz sprzed lat. Byłem na jednym z pieszych stypendiów w Niemczech. Zebrała się grupa nauczycieli z byłej NRD przed ogromnym stołem, na którym wyłożono liczne podręczniki do historii (każdy zachodni land ma po kilka zestawów). Jakie było moje zaskoczenie, gdy po dłuższym milczeniu, jeden z nauczycieli zapytał, który z podręczników jest najlepszy.

Nie jest moja w końcu rolą wskazać jeden podręcznik, jedną książkę, która ma zawierać summę wiedzy. Student sam, poprzez własną pracę, przede wszystkim kwerendy i lektury, powinien nauczyć się poszukiwania i krytycznego korzystania z literatury przedmiotu.

Na razie mam wrażenie, że pojęcie bibliografia jako podstawowe narzędzie pracy jest czymś obcym części naszych studentów.

Krzysztof Ruchniewicz

historyk, niemcoznawca, profesor tytularny, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta, fotograf, bloger i podcaster.

Wszystkie wpisy autora
1 komentarz
Wstaw komentarz