Uczelnia i barykady

Nie ma dnia bez mocnych oświadczeń kolportowanych różnymi drogami. Podstawowym powodem jest oczywiście obecna sytuacja, bez dwóch zdań nadzwyczajna. Nie pojawiła się ona nagle, jest skutkiem zmian w naszym kraju zachodzących od kilku lat. Nie ma potrzeby przypominania ich rodzaju i zakresu. Widać już jednak i inne impulsy niż obawy o „polską demokrację” czy „polską suwerenność”, które pchają niektóre osoby do chwytania za pióro – coraz częściej jest to chęć mocnego „dołożenia” przeciwnikowi, odreagowania się. Tym przeciwnikiem, może już wrogiem, stają się ludzie z naszego najbliższego otoczenia, sąsiedzi, koledzy z pracy, znajomi. Zastanawiam się, czy walcząc o swoje przekonania nie przekraczamy zbyt chętnie i bezrefleksyjnie kolejnych granic, co prowadzi nas ku totalnej destrukcji naszej wspólnoty.

Emocje górą?

Nie mam nic przeciwko informowaniu się i dyskutowaniu (także kanałami wewnętrznymi na uczelni), sam w tym uczestniczę. Jednak, z uwagi na narastającą zapalczywość, może zanim wyślemy kolejne emaile, wkleimy zjadliwy komentarz, dajmy sobie czas, spójrzmy na tekst jeszcze raz. Słowo wylatuje ptakiem, wraca kamieniem…

Mam wrażenie, że rozbujane emocje, choć często uzasadnione (i przeze mnie też podzielane), biorą górę nad trzeźwym osądem, poczuciem odpowiedzialności, zasadami komunikowania się, jakimś elementarnym szacunkiem dla innych (nawet jeśli oni go nam nie okazują), który pozwala nam żyć z sobą w przestrzeni społecznej, a sobie samemu patrzeć w oczy.

Ofiarą tej radykalizacji padają już osoby wzywające, by – broniąc swego zdania – pamiętać o zróżnicowaniu, różnych wrażliwościach, prawie do własnych stanowisk. Nawet jeśli są one dla nas nie do zaakceptowania.

Kolejny kryzys

W ostatnich dniach doszło do kolejnego kryzysu. Czy jego sprowokowanie było celowe? A może jest przejawem ogólnej mierności rządzących, niekompetencji, niezdolności do przewidywania (pozwolę sobie pominąć autonomię działania TK jako możliwy powód)? Obserwujemy, jak każdego dnia wzrasta liczba chorych na covid-19, jak i zmarłych. Państwo sobie słabo radzi.

Miast temu wyzwaniu poświęcić główną uwagę i wszystkie siły, zjednoczyć społeczeństwo, polskie władze rzuciły na stół kolejny problem zastępczy (nie oceniam tu wagi problemu związanego z niewyobrażalnymi tragediami i wyzwaniami, ale jedynie jego rolę w obecnej sytuacji).

Na reakcję społeczną nie trzeba było długo czekać. Demonstracje przeciwko podważeniu tzw. kompromisu aborcyjnego zdominowały wszystkie niemal sprawy bieżące. Dramat chorych na covid-19 i personelu medycznego, załamanie systemu ochrony zdrowia przestały być na pierwszym miejscu, podobnie jak nieudolność polskich władz w zwalczaniu pandemii i łagodzeniu jej skutków ekonomicznych i społecznych.

Krytyka ad personam

Świat uniwersytecki jest oczywiście częścią życia społecznego. Nie ma zaciszy gabinetów i wież z kości słoniowej, z których uczeni przez mikroskopy przyglądają się życiu wokół jak jakiemuś rzadkiemu owadowi. Uczelnie, jak wszystkie instytucje borykające się z wyzwaniami stanu pandemii, w różny sposób zareagowały na nowe wyzwania. Reakcja naszej wydaje mi się trafna.

Tworzymy bardzo zróżnicowane środowisko, można spotkać radykałów po obu stronach. Jest też niemało osób (może jest to większość), które mocno nie zgadzając się z jednym czy drugim stanowiskiem, wierzą, że walcząc o swoje racje powinniśmy trzymać się jakichś ram, norm.

Czy uczelnia powinna zająć bardziej jednoznaczne stanowisko w konflikcie rozpalonym w ostatnich dniach? Wypowiedzi i działania rektora UWr już wywołały do tablicy niezadowolonych z różnych frontów. Jednym nie podoba się brak radykalnego wsparcia protestu w oświadczeniach prof. Wiszewskiego, inni upatrują w tych samych słowach wręcz zachętę do udziału naszych studentów w „zamieszkach” i coś na kształt obietnicy bezkarności za łamanie prawa.

W komunikowaniu się dominują emocje, które zawsze były (wystarczy spojrzeć na wpisy w mediach społecznościowych), ale niekoniecznie ujawniano je przed całą społecznością uczelnianą (przykładem ostatnia wymiana e-maili z pomocą ogólnej listy mailingowej). Nie wymienia się już żadnych argumentów, krytyka formułowana jest ad personam.

Wszyscy stajemy się lewakami/prawakami, katolami/nihilistami. Czytamy o „bzdurach”, „bełkocie”, „spadaniu na drzewo” itd. Do tego dochodzą listy-manifesty publikowane na portalach prasowych, których adresatem mają być władze UWr. Czy chodzi tu o wpłynięcie na nie, czy raczej o zamanifestowanie własnej niezłomności i słuszności? Jeśli zaś staczamy się w jakąś wewnętrzną walkę uczelnianych frakcji, to nie robimy nic innego, tylko podobnie jak „góra” traktujemy instrumentalnie zasadniczy problem – prawo wyboru i autonomię jednostki, o których przestrzeganie walczą – jak potrafią (a czego ich nauczyliśmy?) – nasze dzieci, nasi studenci.

Spóźnione dzieci rewolucji

Mam czasami nieodparte wrażenie, że w wielu przypadkach, zwłaszcza tych skrajnych, mamy do czynienia z gorączkową działalnością „spóźnionych dzieci rewolucji” (pytania której?), które widzą tylko i wyłącznie własne racje, własne interesy. I taka postawa jest bardzo na rękę tym, którzy z konfliktu społecznego zrobili niemal jedyną metodę rządzenia nami.

Uczelnia daje dobre forum do dyskusji, nawet jeśli teraz nie ma już na nie czasu czy chęci. Myślmy jednak o przyszłości. Rektor, którego nie wybrano w politycznej kampanii do rządzenia politycznym gremium, musi pamiętać o istniejących wśród nas podziałach i starać się ich skutki minimalizować. To jest jego odpowiedzialność. Za jakiś czas, trudny teraz do przewidzenia, będzie trzeba znów wrócić do tzw. normalnej pracy, kontaktów, działań. Ale czy będzie z kim?

Można wypowiedź rektora traktować jako za mało jednoznaczną, bojową, za grzeczną, jednak jego kroki pokazują, że to wspólnota uniwersytecka jest dla niego najważniejsza. Wierzy w jej istnienie, choć wielu z nas już pewnie nie. Myślę, że na tym polega też jego rola. Moderowanie w czasach rewolucji, jeśli tak można nazwać, to co przeżywamy, nie jest dobrze widziane przez żadną ze stron barykady. Rektor UWr już płaci za to cenę. Miarkujmy się jednak w używaniu ostrych słów, bo za chwilę nam ich zabraknie. Co wtedy nam zostanie?

Krzysztof Ruchniewicz

historyk, niemcoznawca, profesor tytularny, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta, fotograf, bloger i podcaster.

Wszystkie wpisy autora
1 komentarz
  • Odpowiedz Arkadiusz Stempin

    28/10/2020, 18:05

    Dziś nie wiemy jeszcze, co się na naszych oczach rozgrywa. Dynamiki protestów z przeszłości dowodzą, że umiarkowane głosy w chwilach przesileń nie nadawały tonu zmianom, ale były potrzebne jako korektyw, np. kard Glemp po 1981 – obok ks. Popiełuszki.

Wstaw komentarz