Zmiana paradygmatu myślenia o dydaktyce uniwersyteckiej

Nadzieje na szybki powrót do „normalności” uniwersyteckiej nie sprawdziły się. W wielu krajach europejskich trwają przygotowania do kolejnej, dłuższej, fali epidemii. Niepokoją informacje o mutacjach wirusa. Wprawdzie mamy już szczepionkę / szczepionki, jednak proces szczepień będzie długotrwały. Terminy przesuwane są z tygodnia na tydzień. W niektórych krajach bije się już na alarm w sprawach edukacji, także edukacji uniwersyteckiej. Wszystko wskazuje na to, że potrzebujemy zmiany paradygmatu myślenia o dydaktyce. Kolejne prognozy podają, że „normalność” może wrócić dopiero w 2022 roku. Czy będziemy traktować te dwa lata jako stracone?

Nadzwyczajne rozwiązania

Nikt nie zdawał sobie sprawy, że epidemia będzie trwać tak długo. Pierwsze miesiące nie spowodowały wielkich perturbacji. Wprawdzie ogłoszono lockdown, jednak zasoby europejskie nie zostały nadszarpnięte, można było korzystać z rezerw. Na uczelniach transformacja zajęć stacjonarnych na zdalne – po pierwszych trudnościach – przebiegła stosunkowo sprawnie. W semestrze zimowym nie odnotowano już większych problemów. Jednak coraz częściej ujawniają się nowe, których dotąd nie uwzględnialiśmy.

Problemy ze zdalnym nauczaniem

Najważniejszym problemem okazał się brak bezpośredniego kontaktu ze studentami. Wszelkie komunikatory – mimo zapewnień reklamowych – stanowią przecież siłą rzeczy barierę w komunikacji; dystans jest coraz bardziej widoczny. Do tego dochodzą problemy techniczne: braki hardwarowe (kamerki), czy w dostępie do szybkiego łącza internetowego.

W niektórych przypadkach software także pozostawia dużo do życzenia (używany na UWr MS Teams umożliwia wyświetlenie ograniczonej liczby osób na ekranie, wykład przykładowo w tych warunkach jest mówieniem w anonimową cyfrową przestrzeń).

Pomimo iż mamy do czynienia z nadzwyczajną sytuacją, odgórnie nie zmieniono warunków zajęć. Nadal trwają one 1.5 godziny. Jedynie od inwencji prowadzących zależy, jak podzielą sobie ten czas, czy wprowadza elementy aktywizujące, czasem przerwy itd. Do zajęć trzeba się przygotować (sprawa jak najbardziej oczywista), jednak w warunkach pandemii wymusza to nowe sposoby pracy, często potrzeba na to poświęcić 2, 3 razy tyle czasu co poprzednio.

Potrzeba zmiany paradygmatu

Przedłużanie się sytuacji epidemicznej nie zwalnia nas z myślenia o rozwiązaniach. Do już wskazanych problemów dochodzą kwestę psychiczne. Niewiele wiemy o sytuacji społecznej naszych studentów, dotyczy to też pracowników uczelni. Na UWr podjęto kilka miesięcy temu badania ankietowe. Czy jednak stale monitorowane są te problemy, nie wiem.

Może powinniśmy zastanowić się, czy nie jest konieczne wprowadzenie zmian czasu trwania zajęć. Czy semestr nie powinien być podzielony na mniejsze jednostki? Patrząc na sytuacje w kraju, trudno zakładać, że semestr letni będzie „normalny”.

Czasami odnoszę wrażenie, że na siłę chce się realizować tradycyjne formy zajęć, tak się jednak na dłuższą metę nie da. Może jest to związane ze specyfiką nauk.

Wydaje mi się jednak, że w przypadku nauk humanistycznych i społecznych moje rozważania jak najbardziej znajdują potwierdzenie w praktyce zdalnej dydaktyki. Pora na zainicjowanie, np. przez władze uczelni, poważnej debaty nad przyszłością dydaktyki i konsekwencjach dwóch, a może trzech semestrów zdalnego trybu.

Krzysztof Ruchniewicz

historyk, niemcoznawca, profesor tytularny, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta, fotograf, bloger i podcaster.

Wszystkie wpisy autora